sobota, 10 września 2011

172a.



Z innej beczki

Wiele, wiele lat temu, kiedy pracowałam jeszcze w szkole, kiedy nie było Internetu, a komputery służyły do skomplikowanych obliczeń, kiedy magazyn „ Burda” był dobrem luksusowym i kiedy w sklepach nie było niczego – szyłam. Dużo. Suknie ślubne, żakiety, marynarki, płaszcze, koszule i bluzki – moje uczennice do dziś piszą do mnie, że byłam dla nich modowym zjawiskiem. Nie byłam. Miałam jedynie ten przywilej, że farbowałam, wyszywałam i dziergałam, co pozwalało mi być bardziej kolorową niż ówczesna rzeczywistość.

Potem przyszły zmiany. Zmienił się rynek, ja – zmieniłam pracę i już nic nie było takie, jak kiedyś. Moja szafa stała się do bólu nudna. Żakieciki na jedno kopyto, czarne spodnie – ekstrawagancją były czasem buty, czasem szal. Nuda Panie i całkowite wyjałowienie wyobraźni. Nie było czasu na myślenie. Praca po 12 godzin pod presją jest jak bycie na haju non stop. Nie czujesz bólu, zmęczenia, a już na pewno nie spędza Ci snu z powiek fakt, ze po pracy nosisz powyciągane dresy, od pięciu lat te same ;)

Zmiana miejsca zamieszkania i stylu życia spowodowała, że przestałam się ubierać w ogóle. Bo spodnie i czasem wydziergany przez siebie sweter czy bawełniana bluzka, to ubranie takie sobie . Od roku mnie to męczy i nie dlatego, że nie wiem kim jestem, czy że mam trudną figurę. I Trinny, i Susannah, a i Magda Gessler – pokazują, że ubrać można każdego. Ja, po prostu nie ma stylu. Jestem jednym wielkim przypadkiem. Przypadkowe buty, byle wygodne, przypadkowe spodnie byleby weszły na tyłek, przypadkowe koszulki – bo może mi będzie w nich dobrze ;)

Długo nie wiedziałam czego chcę, a do czego to prowadzi , widać w moim motcie. W końcu, eureka. Natchnęło mnie. Tuniki, sukienki , legginsy, szale materiałowe, szale dziergane, moje winogrona ;) Czeka mnie mozolne szycie i dzierganie, bo sklepy niewiele mi mogą zaproponować. Dzięki wielu przemianom mogę za to kupić sobie i lny, i jedwabie, mogę je profesjonalnie farbować i mogę…. udziergać sobie sweterek z własnej wełny. To dużo. Jedyne czego mi potrzeba to wytrwałości, nie uleganiu modom a jedynie trendom i czasu – bo to potrwa. Potrzebna też mi wprawa, bo choć szycia się nie zapomina i ciągle jeszcze umiem wyciąć coś z materiału bez formy, zszyć i założyć – do biegłości i dobrych wykończeń – bardzo mi daleko, bardzo, bardzo. Szczerze muszę przyznać, że nawet tym zastojem jestem mocno zaskoczona. Wczoraj ćwiczyłam i moje szwy były niepewne… :)

Nic to, praktyka czyni mistrza.
Bardzo chcę, żeby mój strój pasował do tego, co we mnie.

A jak Kochane jest u Was? Planujcie swój strój, zależy Wam na nim ? Czy jak ja, zakładacie na siebie wszystko jak leci?

46 komentarze:

BogaczKa pisze...

O, kochana, świetny post :)
Rzekłabym, że też nie mam swojego stylu... i też mam 'trudną' (czyt. dużą) figurę. Nie lubię chodzic po sklepach po konkretną rzecz bo wtedy akurat nic na siebie znaleźc nie mogę :(
Kupuję przypadkiem, jak akurat coś mi się w miarę spodoba i wcisnę się w to. Najczęściej niestety są to workowate kształty i ciemne kolory :( Ale nie ukrywam, że tuniki bardzo lubię :)
Chętnie skorzystałabym z czyjejś podpowiedzi...

BogaczKa pisze...

...i jeszcze: sweterek i chusta (chyba) bardzo łądne :)

szoszonka pisze...

:], jak leci i co podleci pod rękę. jestem z tych ludzi, dla których 7 rano to środek najczarniejszej nocy i generalnie do 10-11 jestem delikatnie mówiąc nieprzytomna.
dodatkowo jestem wysoka inaczej i żeby inni ludzie raczyli mnie zauważać na ulicach i nie tratować staram się mieć na sobie zawsze coś wybitnie jaskrawego:]

inka pisze...

do tej pory niespecjalnie przykładałam wagę. cóż, taka praca, która nie wymagała eleganckich ubrań, można było w kółko chodzić w dżinsach, podkoszulce, sweterku. i tak robiłam. aha, i zazwyczaj buro, albo kiepsko dobrane kolory.
ale ostatnio mnie NASZŁO. po pierwsze - złamałam się! i kupiłam spodnie rurki! ja! rurki! ja, która wszem i wobec...;) no, ale kupiłam, i uważam, ze całkiem mi w nich dobrze. czarne były. wczoraj do kompletu kupiłam drugie, w pięknym musztardowym kolorze.
do tego nabyłam kilka sukienek, dzianinowe, tkaninowe, różne. spódnice - ołówkowe, różne style, bardziej i mniej eleganckie.
no i znalazłam piękne szpilki!

więc - podobnie, jak Ty, postanowiłam poszukać "mojego ubraniowego portu":)

Laura pisze...

U mnie nic przypadkowego,czyt. dżinsy i koszula/sweter,podkoszulek :))) . Nie umiem chodzić w spódnicach i sukienkach,nie umiem korzystać z szali i chust (ta powyżej -cudo!),szpilki odpadają bo rozwaliłabym i tak już niewyjściowy dziób. Jedyną reforma jaką przeszłam w miarę bezboleśnie było odczepienie się od trampek i adidasów i przerzut na porządne obuwie. Przemilczę ,że na solidnej podeszwie i najchętniej kozaki :)))
Jestem niereformowalna. W dżinsach mnie pochowają.
A! figura do luftu-brak talii (coraz większy!),więc dobrać do tego cokolwiek graniczy z cudem. Do tego wstręt do zakupów.
Zmienię nick na Fleja ;)

Ninette pisze...

Jestem na studiach i dopiero teraz zaczęłam zwracać uwagę na to w co się ubieram. Lubię moje swetry, ciepłe i wygodne, sukienki wszelkich krojów i rodzai. Często ubieram się dosyć prosto, ale mam różne przez siebie zrobione dodatki, które ożywiają strój. Nie lubię mojej figury, chociaż ponoć jest bardzo kobieca, bo w środku, to jestem raczej małą dziewczynką niż uwodzicielką. Uczę się szyć, bo nie umiem znaleźć bluzki w moim rozmiarze. Ale po pierwsze zawsze wygoda.

edi-bk pisze...

Kiedyś tak jak Ty ale od paru lat powiedziałam basta! Przede wszystkim sukienki- uwielbiam i jest mi w nich o dziwo! dobrze. I zakupy w szmateksach,nałogowo z tym, że zawsze cos przerabiam. Wisienkę na torcie stanowią własne dziergadła. Czasami mama się ze mnie podśmiewa, że za elegancko się ubrałam o sklepu:-)

makramka pisze...

Witam przeczytałam posta i jestem w lekkim szoku,bo wyszło na to,że szewc bez butów chodzi.Bo jak to nazwać skoro robisz takie różne cuda cudeńka.Ale fakt pozostaje faktem ,że jak się siedzi np. w domu to nie ma nic lepszego niż dres.No chyba ,że ma się silną wolę bycia piękną 24 h , ale wtedy chyba się trafia do programu E.Drzyzgi.Reasumując nie należy się zbytnio stresować dresem, a jedynie mieć parę sensownych rzeczy w szafie na konkretne sytuacje i zapytać samej siebie w czym się lepiej czuję w jeansach czy w sukience i od czasu do czasu zerknąć w lustro.Sorki za zbyt długi wpis ale chciałam być pomocna.

Dorothea pisze...

No właśnie! Ten szewc bez butów mnie też zastanowił:)

Wyznacznikiem mojego stylu (jeśli w ogóle jakiś mam) jest kobiecość (szeroko pojęta, w dżinsach też) i strój dobrany do moich kształtów.

I tu zaczynają się schody - góra jest o dwa rozmiary mniejsza od dołu (zawsze - czy jestem grubsza czy chudsza), a różnica między talią a biodrami wynosi 30 cm (Laura, chcesz trochę? Oddam:)
W związku ze związkiem jeśli moja waga mieści się w średnim BMI (np. 22) to mogę nosić prawie wszystko za wyjątkiem opinających pupę i biodra sukienek i spódnic (ołówki nie dla mnie). Jeśli BMI jest gorsze to ubrać się dobrze jest mi trudno... ratują mnie poncza:)

Od jakiegoś czasu BMI nie jest najlepsze (najgorsze też nie), więc nie lubię luster i wagi:) Powinnam nosić rozszerzane od bioder spodnie, ale to i tak do końca nie załatwi sprawy.
Lubię być szczupła - i wtedy lubię siebie i lubię się ubierać i o stroju myśleć.
Na razie szczupła nie jestem, góra może być, za to dół do bani.
Walka trwa!:)

Violet pisze...

Jestem szczęsliwa jeśli w cokolwiek się zmieszczę a tuniki odpadają, mimo, ze spore dziewczyny dobrze w nich wyglądają. ja nie.
Umrę ubrana w sprany podkoszulek i 10-letnie spodnie, bo jak już weszły na mnie, to je lubię.

Czerwone na fotce - cudne!

Dorothea pisze...

Violet - to się nazywa synchronizacja!:D:D:D

fanaberiapraga pisze...

Bogaczko, rozumiem to, rozumiem. Nie znoszę sklepów i idę tam, jak zdzieram ostatnią parę spodni. Ale trwa to tyle czasu, że już dość :)
Nie wiem jak mi to wyjdzie, ale co uszyję i wydziergam w ramach tego projektu - na pewno pokażę. Myślę, że mamy podobne figury – ja jestem większa, ale nie o rozmiar tu idzie. Magda Gessler malutka nie jest , a stała się jedną z lepiej ubranych kobiet w Polsce. Na pewno bije na głowę Panią Kasię Niezgodę zajmującą się modową marką, czy Gosię Baczyńską – projektantkę mody.

A pomarańczowe to szal – poszedł do ludzi, ale zrobię sobie taki sam i mój ulubiony sweterek, co przechodzi do nowego stylu i będzie grać dalej ;)

Szoszkonko, oooo, ja to znam. Za wiele rzeczy jestem wdzięczna losowi, ale za jedno szczególnie, że nie muszę wstawać ani o 7, ani o 8 – też nadaję się do życia koło 12 ;) A czy nie myślisz, że z naszymi zdolnościami czas to zmienić i pokazać, że rękodzieło to też możliwość rewelacyjnego ubrania się ;)?

Inko, i to jest coś absolutnie wspaniałego. Najważniejsze w tym wszystkim jest chyba również przełamywanie swoich, wewnętrznych stereotypów. Super :)

Laurko, z Kobitkami to jest tak, że 80% albo i więcej jest niezadowolona ze swojej figury. Nie ma znaczenia czy babeczka jest malutka, czy duża, dlatego strój jest tym czymś, nad czym warto się pochylić. No a poza tym, nie chciałabyś wejść do sklepu w tunice wydzierganej ze swojej wełny i Twoich kochanych jeansach, a może czarnych rurkach – i usłyszeć : O matko, a gdzie Pani to kupiła :)?

Ninette, no i to jest super. Ja też kocham swetry, ale muszę zacząć przykładać uwagę jaki model jest naprawdę dla mnie, poza tym, tak jak Ty, mniej znaczy dla mnie więcej, ale baza do tego wszystkiego musi być perfekcyjnie przygotowana, a u mnie nie jest ;)

Edi-bk, i to mi się podoba. Przeszłaś ten etap wcześniej niż ja i jesteś , jak czytam, mocno zadowolona. Ogromnie mnie to cieszy. Buziole :)))

Makramka, ano – szewc bez butów chodzi. Większość rzeczy pokazywanych na moim blogu szybko znajduje swoje nowe domy i nie wszystkie są dla mnie. A może gdyby ze mną zostawały miałabym swój styl już dawno… może masz rację :)
Pociesza mnie tylko fakt, że większość projektantów ( ja oczywiście nawet do nich nie pretenduje) na swoich pokazach wyglądają strasznie – czyli jak brak czasu, to i projektowanie czaderskich rzeczy nie pomaga :)))

Laura pisze...

rany! przekonałaś mnie!
chyba spróbuję ;)

fanaberiapraga pisze...

Dorotko, a ja właśnie nie chcę zależeć od tego, ile ważę. I wcale nie dlatego, że mi chudnięcie nie wychodzi – już teraz wychodzi, ale nie tędy droga. Nie chcę, nie chcieć patrzyć w lustro – zawsze lubiłam swoje odbicie, bo w sumie przyciągało mnie spojrzenie, które pozwalało i pozwala do dziś dostrzec, co w duszy ;)
Lata całe byłam chudzielcem, a BMI przy wadze 48 kg i 167cm było lekko niepokojące. Zbiegi różnych okoliczności zrobiły ze mnie kobietę dużą z dużymi kształtami. Między talią a biodrami do dziś mam różnicę 36cm, ale nie mam stylu. Nie chcę kochać każdej pary spodni tylko dlatego, że w nią weszłam. Nie i już :)) Za długo to trwało. Chcę koloru, prostych form i dodatków, które pokażą czym się zajmuję :)

Violet, wiem o czym piszesz. Teraz już tego nie robię, ale kiedyś patrzyłam na rzeczy tylko i wyłącznie pod kątem wielkości – forma, materiał, wykonanie było mniej ważne. Jak wchodziłam – zakochiwałam się od razu, a potem panowie w metrze ustępowali mi miejsca , bo wyglądałam jak w ciąży. I temu mówię dość. Luźne tunki w sklepach to wory, wcale się nie dziwię, ze Cię nie pociągają.

viola pisze...

Ja kiedys mialam tzw. styl, mozna to okreslic "klasyka z pieprzem", nie powiem...niezle wygladalam, jednak nie byl to moj styl. Narzucila mi go mama (zawsze piekna i ...nic poza tym)i sytuacja. Teraz od paru ladnych lat ciesze sie wlasnie dresem w domu (czasem do sklepu, dlaczego nie, nie jest brzydki ani stary), wygodne portki, wlasne sweterki itd. Jestem z tym szczesliwa, wolna. Staram sie tylko uwazac na kolory, wiele kolorow zwalszcza zimnych ,gryzie sie ze mna. Nie widze nic zlego w stylu "bez stylu", jestem wreszcie soba i...mam wygodne buty, bez szpilki wiec nie bola mnie stopy.

fanaberiapraga pisze...

Laurko, ja po prostu wiem,który guziczek u Ciebie nacisnąć ;)
No i mam nadzieję, ze wiesz, że w tym roku moda na wzory wrabiane .A ręczne włóczki są do tego wybitne! No i taka alpaka od Pani Marty - to może być bajka :)))

fanaberiapraga pisze...

Viola, myślę, że styl bez stylu też jest stylem . Mój post to nie jest odezwa o zmianę stylu u innych. To tylko opis tego jak zmęczył MNIE jego brak. W korporacyjnej fabryce byłam naprawdę dobrze ubrana pomimo dużego rozmiaru. To, co robiłam, zgadzało się z tym jak żyłam i nikt mnie do niczego nie zmuszał. Przyjęłam taki kod, taka była gra i ja ją akceptowałam. U mnie po prostu nadszedł czas zmian. Dres zastąpiłam lnianymi spodniami i też mi dobrze, nie biegam w diademie między kuchnią a pokojem ;) A za zmianami dresu na lniane spodnie u mnie, chcę by poszło coś więcej, ale do dresu nic nie mam.

Intensywnie Kreatywna pisze...

Mnie łupnęło po trzydziestce. Wcześniej nosiłam głównie dżinsy, czasem jakieś nieforemne kiecki do ziemi i swetrzyska. Najlepiej w kolorach maskujących, żeby się nie daj Boże w oczy nie rzucać. Do tego adidasy albo trapery... Teraz mam cztery pary pantofelków na obcasach i biegam w nich nawet po zakupy. Dżinsy mam jedne! Ale za to nagle okazało się, że uwielbiam spódnice, sukienki, falbany, dodatki, szale, jasne kolory. Sweterki nadal kocham, ale krótsze, dopasowane, kobiece. Przestałam traktować ubranie jak okrycie maskujące, a zaczęłam patrzeć na nie jak na sposób wyrażenia siebie i swoich emocji.

YarnAndArt pisze...

Bardzo ładne to co napisałaś. Jak to wiele móc robić to co się lubi (chce) i wiedzieć czego się chce. Też odkryłam to bardzo niedawno tak naprawdę. Zbyt długo żyłam ze świadomością, że często nie wiem czego chcę (albo chcę wszystkiego na chwilkę) i nie umiałam się dowiedzieć. Ale jak człowiek szuka, jak zadaje sobie to pytanie "czego chcę?" to wreszcie się dowie. Pozdrawiam.

Kankanka pisze...

Taż ty o mnie pisałaś!
Tak samo było! Jeszcze w liceum się zaczęło, potem całą młodość w kolorach i fantazji. Lubiłam się np na ludowo przebrać. Nawet jedno zdjęcie mam jak chodziłam po ulicy w ludowym stroju z dzieckiem na biodrze.
Szkołą też mnie nie przydeptała. Dużo szyłam. Obszywałam swoje dzieciaki. Starszej uszyłam sukienkę ślubną i nawet mam dyplom czeladniczy z tego zakresu :)

Potem przyszły firmy. Obrzydliwe wysysające, nachalne firmy, które nakazały mundurek.
Owszem, to bardzo wygodne i porządne ubranie, ale ileż można?
Zawsze miałam sukienki i w nich wyglądam najlepiej.
Mój styl jest zmienny. Nie lubię siebie w płaskich butach, dla mnie to kara założyć adidasy. Kocham obcasy, szpilki i stukające małe buciki.
Mam całą szafę dodatków, bo nie krój dla mnie jest ważny a kolor.
W domu bardzo często chodzę niekompletnie ubrana bo mi gorąco.
Moim znakiem wyróżniającym są korale, kolczyki, broszki, torebki i buty. Tego mogę mieć tony i tak chcę następne.
A że mam małe rozmiary to czasem ciężko coś dostać. Stale szyję dla siebie. Nie było przerwy. Z tym, że teraz nie chce mi się wykrojów robić więc szyję kombinując i przerabiając stare szablony.

fanaberiapraga pisze...

Intensywnie Kreatywna, w paru, niezwykle mądrych słowach napisałaś, co mnie gna do zmiany „ sposób wyrażania siebie i swoich emocji” . Dzięki! To jest dokładnie to :)

YarnandArt, tak – myślę, że trzeba wiedzieć gdzie się pędzi :)
Nie żebym bez tego swojego stylu nie mogła żyć, ale… gdybym spotkała szewca w butach od Blanika a nie tych, które zrobił sam, pomyślałabym, że coś jest nie tak.

Kankanko, Aniu – wiadomo – z jednego miejsca jesteśmy :) Wstyd się przyznać – mam dwie sukienki – to tego wieczorowe, więc zakładam je…. raz na 100 lat ;) Prawie w ogóle nie chodzę w spódnicach , a mam w głowie taką jedną, co z kozakami będzie wyglądała nieziemsko… tyle tylko, że musi być z utkanego przez siebie materiału – no jak nic – czas na zmiany

Laura pisze...

To nie o naciskanie guziczka nawet chodzi. Ty mi w mózgu grzebiesz! W przyszłym tygodniu,przy pomyślnych wiatrach wybieram się do Marty właśnie w celu zanabycia alpaki w celach "na własny użytek" i myślałam właśnie,że moze się wreszcie na wrabianki porwę.
Teraz mi tu gadaj -skąd wiedziałaś Czarownico Ty! ;)))

fanaberiapraga pisze...

Laurko,to samo tak wyszło, aż tak nie umiem ;)
Nie dziwię się, że chcesz jechać do Alpakarnii. Ja, jak tylko będę na dłużej w Polsce tez sobie nie odmówię wycieczki w tamte strony.Z Wrocławia to chyba nawet w jeden dzień dam radę :)

Kruliczyca pisze...

Ispirujący post, inspirująca dyskusja w komentarzach. Dzięki, Basiu i wam, komentatorki.

Dorothea pisze...

No to ja pierwszy raz w życiu jestem krok przed modą!
Bo mój islandic jest WRABIANY!
I co ja teraz zrobię?
Jeszcze nigdy w życiu nie byłam modna:)))
No i nie można go nie dostrzec - strasznie jest widoczny, wręcz świeci (kontrastowy wzór), ale ja nie mam potrzeby chowania się:)
Tylko te cztery litery bym sobie zmniejszyła, bo na nie nie umiem znaleźć sposobu poza schudnięciem - no nie umiem i już!

edi-bk pisze...

Dorotea- ja mam taką figurę o jakiej piszesz- góra 38/40 a dół 42/44 i odkryłam , że nie ma to jak klasyka. Proste kiecki, małe sweterki, pasek w talii, korale. Po co masz ten tyłek? Żeby go pokazywać!!! Uściski.

fanaberiapraga pisze...

Dorotko,
skoro tak wyszło - z tymi wzorami wrabianymi - to tylko się cieszyć i nosić :)
I jak pisze edi - nie martw się tym dołem za bardzo. Lepiej to zaakceptować niż walczyć, no bo może się udać,a może nie.
Bardzo bym nie chciała sprowadzać naszych rozważań do rozmiaru. Mnie bardziej zalezy na stylu, bo dziewczyn w dużych rozmiarach jak ja jestem dużo i niektóre są naprawdę dobrze ubrane, a niektóre mają styl i ja chcę do tych drugich :)

edi, dobrze mówisz, wódeczka dla Ciebie :)))

Kankanka pisze...

Zdecydowanie lepiej ubrać dziewczynkę z zapasami niż wieszak. Wierzcie mi, okiem moim to szybciej się taka okrąglutka w cudo odmieni niż wysuszona staruszka. Dlatego jestem teraz na tuczu na prośbę męża.

kryniafu pisze...

Basiu, jakże bliskie mi sprawy poruszasz, siedzisz w mojej głowie?
Ale też zdziwiona jestem tym co piszesz bo postrzegając Cię jako osobę o duszy artystycznej i perfekcyjnej do bólu sądziłam, że Ty jedna nie masz problemu z tym co na siebie włożyć.
Mój styl bezpieczny, spodnie od zawsze najwygodniejsze. Trzy lata temu jeszcze z materiału, tylko własne szycie. Dzisiaj wolę dżinsy, ale buty zawsze w dobrym gatunku, jedna para ale dobra para. Do spodni ostatnio noszę tuniki i dzięki nim zaczynam wracać do sukienek, mam już trzy codzienne i nawet czasem założę do kozaków. Korzystam z second handów, fajne rzeczy dla siebie znajduję za parę groszy i dzięki temu stać mnie na "wisienkę" w postaci szala lub chusty własnoręcznie wydzierganej z wełny ręcznie przędzonej. A rozmiar nie ma znaczenia i bycie modnym też nie, mieć swój styl i czuć się w nim dobrze to jest najważniejsze.

Kocurek pisze...

No nie , ale lektura:)),
zarówno samego posta jak i komentarzy.
To świetne:)))
Ja , podobnie jak Ty Basiu przez wiele lat musiałam chodzić w "mundurze" ... tyle ,że pielęgniarskim , więc nic specjalnego.
Fartuch , sukienka a potem elegancka ,szyta na miarę garsonka , to było już coś.
Ale , do pracy musiałam w czymś dotrzeć, bo to nie tak jak tu ,że pielęgniarki latają po ulicy w tym w czym chodzą do pracy.
Zawsze lubiłam kolor , ale tak stonowanie.
Miałam inny kolor włosów więc i kolory były inne niż teraz.
Dawniej były to głównie pastele teraz kolory żywsze , bardziej nasycone.
Szyłam , przerabiałam , robiłam sobie na drutach.
No i odwiedzałam "szmateksy" , czasem znajdowałam tam istne perełki:)).
Od zawsze kochałam szpilki i nadal są to jedyne buty jakich mi w szafie nie brakuje albo brakuje:))...od białych długaśnych kozaków po klasyczne czarne szpilki , choć w lamparcią skórkę też mam:)))
Lubię spódnice i sukienki , bardzo dobrze się w nich czuję.
Długość , zdecydowanie do 2cm poniżej kolana albo zupełnie długie.
Mam tylko 2 pary spodni :))), ale nie przeszkadza mi to bo i tak na ogół chodzę w spódnicach.
Kocham dżinsowe kurteczki, małe żakieciki i sweterki blisko ciała , no i oczywiście dodatki...mogę mieć 50 torebek a i tak tej jednej zawsze będzie mi brakować:)))
Kolczyki , bransoletki ,apaszki ,szaliczki ,rękawiczki to nieodzowne dodatki jakie muszę mieć, nawet rano jak zaprowadzam Julę do szkoły zawsze mam coś na szyi:))).
Nie przepadam za obuwiem sportowym , latem w upalne dni chodzę w japonkach ,uwielbiam , dodatkowo stymulują aby dbać o stopy:))).
Nie mam określonego stylu ponieważ mieszam w ubraniu jak tylko się da:)).
Ale bez przesady.Raczej skromnie i niż przesadnie:))
Uważam ,że moda modą ale najważniejsze jest dobre samopoczucie w danej rzeczy, w ubraniu , w butach...
Pomimo swojej figury lubię rzeczy blisko ciała ale nie obcisłe.
Nie robię na drutach rzeczy , w których wiem ,że nie będę chodzić , może właśnie dlatego tak niewiele ich mam.
Jestem raczej z tych praktycznych , bo nie o ilość rzeczy w szafie chodzi ale o to w czym chodzę i w czym dobrze się czuję...

A tak na marginesie...połowa populacji Edynburga chodzi fatalnie ubrana , takich dobrze ubranych jest zdecydowanie mniej...owszem panie z Włoch czy Francji to już poezja...zupełnie coś innego:)))
I z tego co widzę to mężczyźni ubierają się znacznie lepiej niż kobiety .
No ale to tylko moje zdanie:)))

craft by Maryla pisze...

Ale ciekawą dyskusje Basiu rozkręciłaś,dzięki Ci za to i wszystkim którzy zabrali głos bo każda z Pań coś ciekawego podkreśliła.Ja dopiero teraz po 30tu latach w korporacji i matkowaniu,ubieraniu się tak jak mi wygodnie czyli na sportowo, odczułam niedawno potrzebę odnalezienia własnego stylu.Parę nie typowych rzeczy jak do tej pory dla mnie już nabyłam,między innymi kozaczki do sukienki i także dwie już sukienki uszyte przez krawcową z braku czasu zakładam teraz z radością.Zgadzam się z Intensywnie Kreatywną i z Tobą Basiu,to sposób wyrażania siebie i swoich emocji.A wytwory-dzieło naszych rąk powinny to podkreślać.

Brahdelt pisze...

Sukienki muszę sobie szyć, bo takie z nierozciągliwych materiałów zawsze będą gdzieś nie pasować - w talii albo w biodrach. Ciuchy staram się łączyć kolorystycznie, ale też nie mam własnego stylu, często stawiam na wygodę a "ubieram się" na większe wyjścia (trochę podpatruję innych i to, co wisi w sklepach, chociaż nie podążam za modą, bo nie wszystko do mnie pasuje). Od niedawna dziergam tylko to, w czym wiem, że będę chodzić, stawiam na praktyczność i upraszczam moją garderobę.
(Blogger kazał mi wpisać pod komentarzem, jako słowo weryfikujące: "drutyl"... *^v^*)

kryniafu pisze...

Cytat: <„ sposób wyrażania siebie i swoich emocji” .... To jest dokładnie to :)>
Jeszcze dodam,że nie jest mi łatwo wyrazić siebie w tym co noszę, nie jestem odważna, chociaż z wiekiem (50+) jest coraz lepiej. Najbardziej odważnie wyrażam siebie w ogrodzie, kocham pracę fizyczną, zabawę kamieniem, kolorem i fakturą.

fanaberiapraga pisze...

Kankanko, Aniu, powodzenia w tym nabieraniu ciała :)

Kryniu, no – szewc bez butów chodzi :) Czuję, że brakuje mi stylu i chcę to zmienić. Chcę wyrażać siebie bardziej świadomie i jak piszesz czuć się dobrze. Dla każdego styl to coś innego i dobrze, to czyni nas niepowtarzalnym, ja muszę po prostu zrobić parę kroków więcej.

Asiu, nie wiedziałam, że temat wywoła takie zainteresowanie. Strasznie mnie to ucieszyło. Noszenie mundurków dawało mi tę wygodę, że nie myślałam co włożę. Wszystko do siebie pasowało i zawsze było bezpiecznie. Oczywiście teraz też staram się aby pasowało, było ładne, wygodne, ale to nie styl – to tylko ubranie. Już wiem, że lubię czapki i w pewnym modelu mi dobrze :) Wiem, że kozaki na słupku są dla mnie, ale zawsze miałam problemy z zapięciem cholewki ( nawet jak byłam chudzielcem ) w końcu udało mi się je kupić i je uwielbiam, do nich potrzebuję właśnie tuniki lub spódnicy ;)
Wiem, że teraz jak już się zdecydowałam, będzie z górki. Mam już pomysły i chcę je zrealizować :)

Marylko, zupełnie nie sądziłam, że temat dotyczy tylu z nas :) Trafiłaś w sedno – potrzeba. To właśnie ona zachęciła mnie do zmiany. I liczę, że mi się uda!

Brahdelt, no właśnie, właśnie. Wiem, że szyjesz sobie piękne rzeczy . Ja też zapragnęłam. Kilka rzeczy już siedzi w mojej głowie. Chcę żeby nie tylko pasowały do mojej figury, ale żeby w jakiś – choć mały sposób, mnie wyrażały. Bardzo mi tego zaczęło brakować. Sweterki jakie sobie wydziergałam , noszę wszystkie, ale nie pomyślałam, żeby budowały mój styl – po prostu je wydziergałam w swoim rozmiarze i pasującym do mnie kolorze. Teraz to za mało ;)

Kocurek pisze...

Basiu - temat jest doskonały , jak sama zresztą zauważyłaś dotyczy tak wielu z nas.
O stylu - no tak ja nie mam stylu i w pewien sposób drażni mnie fakt ,że nie umiem wyrazić siebie i tego co we mnie.
To powoduje ,że ubieram się bezpiecznie , z pasującymi do siebie rzeczami.
Czasem mąż mówi , " zaszalej , zrób coś innego..." , ale ja jakaś taka twarda jestem i chodzę w sprawdzonych zestawach bo tak lepiej i bezpieczniej.
Asia-Brahdelt szyje piękne rzeczy, mogę jedynie pozazdrościć umiejętności i uporu ,ja z maszyną przepraszam się głównie wtedy kiedy mam do zaszycia , zszycia coś nieistotnego , mało ważnego( no skrócenie spodni dla cyców nie jest mniej ważne:))).
A dawniej...szyłam , bardzo dużo szyłam.Miałam masę kiecek , spódniczek , jakoś łatwiej mi to przychodziło.
Teraz , myślę sobie ,że idę kompletnie na łatwiznę.
Nie mam problemów z rozmiarem , ale coś czasem mnie męczy...brak uczucia ,że jest to to czego tak naprawdę chcę.

chmurka pisze...

Po pierwsze szal ze zdjęcia rewelacyjny, bardzo podoba mi się kolor. Ze mną to jest tak, dziergam i szyję (a raczej zmuszam mamę do szycia dla mnie)trochę z przymusu, a trochę że lubię mieć rzeczy niepowtarzalne. Niby figurę mam dobrą ale, za to wzrostu 150cm no i jest tak: absolutnie wszystkie spodnie muszę skracać co najmniej 10cm- jak mi się zamarzą spodnie o długości 7/8 lub rybaczki, nie ma rady maszyna w ruch, jak mierzę sukienki lub bluzki najczęściej okazuje się że biust tychże, wypada pod moim biustem talia nie w tym miejscu itp. ze spódnicami bywa OK, wszystkie mini wychodzą u mnie tak w okolicy kolan, a to jest dla mnie najbardziej akceptowalna długość. Przyznam, że w szyciu zazwyczaj towarzyszy mi burda- ja do tej pory mam na swoim koncie jedną samodzielnie uszyta spódnicę, ale mam ambicje by się nauczyć.Buty natomiast to najczęściej kwestia przypadku bo mój rozmiar to 35- wszystkie zakupy obuwnicze skutkują u mnie frustracja- zawsze jak wchodzę do sklepu to najpierw pytam o rozmiar- a najczęściej wychodzę ze sklepu nie zmierzywszy nic - widocznie czas kopciuszków dawno minął. A ze stylem- hmmm u mnie chyba kiepsko, nie podążam na ślepo za moda, ale chyba wciąż szukam swojego. Pozdrawiam serdecznie

pimposhka pisze...

Basiu, swietny wpis. Ja zawsze podziwialam osobyktore maja swoj wlasny styl, wyrazny. Nie wazne jaki by byl, byle by byl. Ja niestety nie posiadam. Moja mama bardzo dlugo nosila byle co, jest rehabilitantka wiec ubrania sportowe. I dopiero niedawno, po przekroczeniu 50 zaczela eksperymentowac. Ma dobre oko, wybiera dobrze fasony ktore na niej fajnie leza, zazdroszcze jej. Moze to przychodzi z wiekiem?
Ona ciaga mnie na zakupy jak przyjezdza tutaj bo mowi, ze Angielskie ubrania sa tansze i lepszej jakosci (tzn. porownywalna jakosc w Polsce kosztuje duzo wiecej). Ostatnio w Wenecji dzieki niej kupilam fajna bluzke koszulowa (pokaza na blogu) ktorej bym sama nie kupila a tak jestem bardzo zadowolona, zaluje nawet, ze tego sklepu nie ma w Anglii.
Ja na moja figure nie moge narzekac ale nie lubie swoich ud i ciagle chowam je w luznych spodniach. Ostatnio jednak odkrylam rurki i kurcze calkiem do mnie pasuja. Dowod, ze jak ubralam je do sesji z 'Papuga' to dostalam kilka komentarzy, ze schudlam!!

Ewa pisze...

Akurat tez wczoraj o tym myslalam. Bylam wieczorem kupic costam u naszych Wietnamcow. Pani Wietnamka odstrzelona, piekne paznokcie, ladnie ubrana, wlosy lsniace (a jej syn jest dokladnie o 8 dni starszy niz Gosia, wiec nie ma letko!) a ja... w leginsach i bluzie z dresu. Pomyslalam sobie: kobieto, powinnas sie zastanowic. Mozna sie ladnie ubierac, masz mozliwosci tylko ci weny brak. No i nic na razie z tego myslenia nie wyniknelo:))

Kasia pisze...

oj Basiu nigdy bym sie nie domyslila, ze nadal poszukujesz swojego stylu , cudne rzeczy wykonujesz i przez ich pryzmat widze Ciebie :o) Jak wyjechalam z Polski do Anglii to sie zaczelam ubierac, ale pewne dlatego ze tak latwiej, jak mama mnie odwiedzila pierwszy raz to sama skomentowala ze praktycznie w jednym sklepie mozna skompletowac sobie klorystycznie wszystkie ubrania, bo tak wszystko ladnie wisi obok siebie :o) o ile w Anglii nosilam sie klasycznie i polubilam rozowy, to jednak we Francji dla mnie jest jeszcze lepiej, polubilam spodnice, falbanki, groszki, plaszcze z roznymi wykonczeniami, kwiatki brochy, mozesz sie smiac... moj maz ostatnio przeczytal, ze kobiety i tak nie nosza 80% ubran jakie maja w szafie, ja do nich nie naleze, bo nie mam za wiele chociaz zalezy w porownaniu do kogo :o))))i nie mam dzinsow od podstawowki w szafie.

Kite Designer pisze...

Z jednym sie nie zgadzam - ze nie masz stylu. Masz, i to piekielnie ciekawy: nietypowe kolory, pieknie zestawione z kolorami bazowymi (jak na zdjeciu wyzej), umiesz dobrac i pokazac fakture materialow i zgrac calosc ze wzorem. Wyczucie masz piekielne. A ze nie masz ubran w tym stylu - no coz, szewc bez butow :-)

Zainspirowana wpisem wyciagnelam spodnie lniane, z ktorymi po lecie nie wiedzialam, co zrobic, a ktorych nie chcialam wyrzucac. No i eureka - idealne na chodzenie po domu! :-)

fanaberiapraga pisze...

Asiu, myślę, że miałam i czułam dokładnie tak jak Ty. Sytuacja braku wyrazu i tego czego chcę tak mnie zmęczyła, że w końcu powiedziałam dość ;) Bez wątpienia będę potrzebowała czasu , ale… zacznę od tego, co na jesień i zimę :)

Chmurko, dziękuję. Kolor szala jest rzeczywiście nieziemski. To marmolade od Kidsilka. Burda nie zawsze trafia w moje „ modowe” upodobania, ale cenię ja za dobre wykroje i na ich bazie będę budować inne.

Pimposhko, dziękuję. Właśnie, styl, o tym marzę. I może masz rację, może ta odwaga przychodzi z wiekiem. Dziś na pewno założyłabym to, czego wstydziłam się jak byłam młoda ) Bardzo fajnie, że mama tak Cię „ wyciąga” Ona po prostu już wie, o co w tym wszystkich chodzi :)

Ewo, no widzisz ! Przy dziecku mimo wszystko stawiam na wygodę i wcale lepiej bym się nie ubrała. Jestem przekonana, że coś wymyślisz ;)

Kasiu, no bo ja, jak ten szewc, dla innych, dla innych i dla innych ;) Nie wiem jakbym poradziła sobie we Francji modowo, już sama myśl mnie przeraża ;)

Kite, no Ty to wiesz co mi powiedzieć! Dziękuję! Zestawień kolorystycznych rzeczywiście będę się trzymała, tylko fasony muszę do nich przygotować;) No i cieszę się z tych spodni – dla nich to drugie, fajne życie :)

pierdruty pisze...

Samo życie.
Ja póki co nieustająco planuję, że się zmniejszę. Następnie mam w planach planowanie garderoby :)

Agata pisze...

faaantastyczna lektura - wpisu i komentarzy :) Choć wpis o braku stylu u Ciebie to mnie zaskoczył - nie tylko mnie z resztą ;) Przecież tak inspirujesz!

Dresów szczerze nie lubię i nawet po chacie w nich nie biegam - wolę jakąś bardziej wysłużoną spódnicę (latem) lub sztruksy (zimą).
Tak się zastanawiałam, czy mam jakiś styl. Bywając w sklepach odsiewam ciuchy tekstem "to nie w moim stylu", "to do mnie nie pasuje", więc może jednak mam ;) Modna nie jestem w żadnym calu, nigdy za modą nie leciałam, przede wszystkim sama muszę się sobie podobać i czuć się wygodnie, swoje dziergadła noszę namiętnie, a reszta mnie nie obchodzi. No i dobrze, jak jest dużo czarnego :D
Nie wiem, czy to styl, czy tylko sposób ubierania się. Jednak na razie jest mi z tym dobrze, a jak się zrobi źle, to będę zmieniać :)

JotHa pisze...

Tyle się napisałam i wywaliło mi wpis. :-(
Myślę, że fajnie byłoby poddać się stylizacji wykonanej przez specjalistę chociażby po to, by się czegoś nowego dowiedzieć o sobie, albo spojrzeć na siebie z innej strony. Ale ogólnie wydaje mi się, że wiem czego chcę. W zasadzie od dawna tylko, jak cześć z Was, też jestem dziecięctwem i wczesną młodością z czasów szarości na ulicach. Teraz jest ogólnie jest wychowanie stawiające na indywidualizm, duża tolerancja na wszystko i to się w dużej mierze przekłada na jakąś odwagę w ubiorze, niekoniecznie zaraz ekstrawagancję. I być może taka otwartość i mi ułatwia 'moja indywidualność', a być może po prostu do niej dorosłam. To mój styl, a nie sposób zwrócenia na siebie uwagi.
Zawsze ceniłam wyroby własne, jako niepowtarzalne i cieszę się, że mogę coś tam dla siebie i najbliższych czasami poczynić.

A tak w ogóle, to fajna dyskusja. ;-)

theli pisze...

Wychodzi na to, że nie odstaję od reszty :) Tylko, że do nienoszenia T-szertów do pracy dochodziłam ewolucyjnie, nie-rewolucyjnie. Stąd od kilku lat co ich rusz dokupuję buty na wysokim obcasie (choć na codzień i tak chodzę na płaskim). Z dżinsów prawie nie wychodzę, ale poza domem mam do nich jakieś lepsze buty, choćby balerinki, żadne trampki. Do tego raczej bluzeczka, niż workowaty t-szert, mały sweterek, obowiązkowo coś na szyję.
Spódnice i sukienki owszem, ale głównie latem, nie znoszę rajstop :)
W rurki nie wejdę i już. Nie zmusicie mnie :) Dlatego od 3 lat chodzę w tym samych dżinsach, bo w sklepach nie można było kupić nic choćby z prostymi nogawkami (a mój ulubiony krój to boot cut).
Figura taka sobie, BMI niskie, ale ciut zmieniłabym proporcje :)

otiva pisze...

Thanks you adding Yummy Yarns UK in the spinning list! I love your pics.